Ukryte na widoku

NAJWIĘKSZE TAJEMNICE ŁYSEJ GÓRY – PODZIEMNE MIASTO, TAJNA BAZA WOJSKOWA CZY MIEJSCE KULTU DIABŁA ?

Wykute w litej skale wszechstronne krypty na Łysej Górze są starsze o niezliczone setki lat od klasztoru zbudowanego na jej szczycie. Zatopione w czasach PRL-u miały na zawsze zniknąć z historii. Odkryte zostały ponownie w 2016 roku, a ich niezależny badacz niedługo później skazany na więzienie.

Tajemnice krypt na Łysej Górze.

Łysa Góra jest drugim co do wielkości szczytem w Górach Świętokrzyskich. Charakteryzuje się ona znajdującym się nań rozległym rumowiskiem skalnym, zwanym gołoborzem. Nie wiadomo od jak dawna stała tam słowiańska świątynia. W jej okolicy od czasów neolitu  budowane były kopalnie, oraz złożone kombinaty hutnicze. Paweł Jasienica uważał ten przybytek za centrum religijne państwa Wiślan, zaś badania prowadzone przez prof.

Jerzego Gąssowskiego potwierdzają istnienie świątyni na Łysej Górze przynajmniej od VII wieku. Wykute w litej skale krypty istnieją do dziś, lecz nie doczekały się jeszcze datowania. Można jednak przypuszczać, że sanktuarium to służyło do praktyk religijnych Wandalom, a podejrzewa się, że służyło również ich poprzednikom. Według średniowiecznych kronik czczono tam trzy bóstwa, jednak kronikarze nie są zgodni co do ich imion. Świątynia od niepamiętnych czasów była miejscem pielgrzymek, których apogeum przypadało na święta wiosny.

Słowiańskie bóstwa w defensywie.

Wokół szczytu Łysej Góry znajdują się liczące ok. półtora kilometra pozostałości wałów, zbudowanych solidnie z kwarcytowych głazów. Nie wiadomo dokładnie przed kim chciano się bronić, jednak faktem pozostaje, że w X wieku świątynia została doszczętnie zniszczona, zaś broniące jej wały rozsypane. Zidentyfikowano również pozostałości niedokończonych wałów z XI wieku, wiązane z reakcją pogańską zdławioną przez niemieckie wojska będące na służbie u Kazimierza Odnowiciela. Układ samej świątyni pozostaje nieznany, gdyż na jej ruinach w 1006 roku Bolesław Chrobry nakazał wznieść opactwo benedyktyńskie. Kościół wzniesiono pod wezwaniem Trójcy Świętej, co musiało stanowić próbę podtrzymania wielesetletniej tradycji czczenia tam boskiej triady – tym razem w jej chrześcijańskiej adaptacji. Dopiero w XIV wieku miejsce to nazwano Świętym Krzyżem na cześć przechowywanego tam do dziś drewienka, mającego pochodzić z krzyża na którym umarł Jezus.

Nowi włodarze Łysej Góry przez wieki przejawiali jednoznaczny stosunek do swoich poprzedników. Zdemonizowany został obraz dawnych wierzeń, powstały legendy o czarownicach uprawiających na szczycie góry sabaty w hołdzie plugawym bałwanom, palących w noc ognie i tańczących nago wokół nich. Benedyktyni przez kolejne pięć stuleci nie mogli uporać się z przybywającymi tam pielgrzymkami pogan chcącymi celebrować obrzędy w świętym dla nich miejscu. Szkalowano obrzędy; zakazywano palenia ognisk, radosnych zabaw i biesiady. Z drugiej strony próbowano nadać pogańskim obyczajom chrześcijański charakter, tworząc w ich miejsce odpustowe uroczystości np. Zielone Świątki. Inne legendy identyfikowały porozrzucane wokół góry kamienie, będące często pozostałościami zniszczonych murów, jako kamienie porzucone przez diabły próbujące bezskutecznie zniszczyć święty klasztor.

Nie wiadomo jak wiele zabytków słowiańszczyzny odnajdywano przy licznych pracach budowlanych przeprowadzanych na Łysej Górze. Kronika klasztorna przekazuje, że w 1686 roku podczas wykopów pod drzwiami kościoła znaleziono „bożyszcze dawne węglami osypane”. Zaś Julian Ursyn Niemcewicz, który dał się poznać jako badacz i populyzator pogańskiej przeszłości Polaków, w pamiętnikach z wizyty w 1811 roku ubolewa nad barbarzyństwem mnichów, podając przykład zakonnika, który zobaczywszy wykopywany przy budowie fundamentów posąg bożyszcza kazał kamieniarzowi natychmiast go potłuc, a rozbite sztuki użyć do murowania. Poszukujący śladów słowiańszczyzny Niemcewicz nic nie wiedział o pradawnych kryptach ukrytych pod ziemią po której stąpał. Mógł tylko ponarzekać na zmowę milczenia braci zakonnych.

Dobry trop – mylne wnioski.

Prowadzone w dwudziestoleciu międzywojennym, a następnie w czasach postalinowskich badania archeologiczne Łysej Góry potwierdzały obecność słowiańskiego sanktuarium. Jednakże teren ten od tysiąca lat był eksploatowany i zabudowywany przez Kościół, więc siłą rzeczy ukazywał głównie niuanse dziejów opactwa. O samych kryptach dowiadujemy się dopiero z relacji inżyniera Adama Pulikowskiego z warszawskiej Pracowni Konserwacji Zabytków, który w 1964 został opuszczony wraz z pontonem w głąb Łysej Góry przez mały właz znajdujący się na placu pomiędzy muzeum parku narodowego i wieżą radiowo-telewizyjną, znajdującymi się w najbliższej okolicy klasztoru. Inżynier, pływając na pontonie wykonał pomiary trzech komór z łukowatymi sklepieniami, podpartych na potężnych filarach.

Komory miały wymiary odpowiednio 9 × 11.5 m, 7.6 × 6.5 m oraz 4.25 × 4.25 m. Były one wysokie na 7 metrów i zalane wodą do wysokości 2 metrów. Pulikowski odnalazł też kanał wlotowy, którym musiała spływać zielonej barwy woda. Nie udało mu się jednak odkryć głównego wejścia, przez które musiano usunąć tysiące ton skał zalegających do dziś jako gołoborze. W wykutych między filarami arkadach gdzieniegdzie zwisały nawet półmetrowe stalaktyty. Stan filarów i arkad był znakomity, nie widać było żadnych pęknięć w litej skale. Ze względu na kanał w ścianie inżynier określił w dokumentacji komory jako zbiorniki na wodę. Jednoznacznego określenia wieku komór  jednak się nie podjął. Pulikowski był pełen podziwu dla budowniczych, którzy w jego opinii po mistrzowsku wykonali te… cysterny!

Od tamtego czasu nikt nie prowadził badań tego miejsca, a każdy archeolog zajmujący się tematyką Łysej Góry musiał zadowolić się interpretacją inżyniera Pulikowskiego. Tymczasem wśród niezależnych badaczy słowiańszczyzny rosło przekonanie, że wykute z wielką finezją ogromne komory są kryptami słowiańskich Królów Lechii. W końcu kroniki przekazują, że świątynia na Łysej Górze była niezwykle ważnym miejscem odwiedzanym przez pierwszych chrześcijańskich władców Polski, Mieszka I oraz Bolesława Chrobrego. Musieli oni wiedzieć, że była ona centrum religijnym na setki lat przed nimi, a Góry Świętokrzyskie, kryjącymi się weń zasobami, dawały bogactwo niezliczonym pokoleniom przodków Polaków.

Potężnych rozmiarów krypty znajdujące się pod kompleksem świątynnym sugerują raczej istnienie tam podziemnej nekropolii niż cystern, których wykucie musiałoby się wiązać z ogromnymi kosztami. O budowie takich komór nie ma żadnych wzmianek w kronikach klasztoru, być może więc zakonnicy nie wiedzieli o ich istnieniu. Długie stalaktyty pozwalają przypuszczać, że krypty są dużo starsze niż wzniesione nad nimi opactwo. Być może wejście do nich zostało zakopane przy okazji podbicia świątyni. Czy tam właśnie spoczywają pierwsi Piastowie? A może tam spoczywają też i ich poprzednicy – królowie Lechitów, Wandalów, a może nawet Ariów? Nikt nie wie jak stare mogą być te krypty.

Polski Schliemann?

Bohaterem środowisk internautów jest niezależny badacz, który nie mógł się pogodzić z leżącą odłogiem tajemnicą krypt. Jest to Adolf Kudliński, właściciel gospodarstwa w Górach Świętokrzyskich, znany też jako pierwszy polski preppers, czyli człowiek przygotowany na najgorsze, a przy tym pasjonat historii pradawnej Polski. Można w sieci obejrzeć filmiki jak buduje on schrony, magazynuje narzędzia, broń, konserwy i wodę pitną. Mówi się, że Kudliński aktywizuje okolicznych mieszkańców do przysposobienia obronnego. To on poprowadził swoją ekipę do samodzielnej penetracji krypt, a następnie zorganizował jej badania przy udziale zawodowych płetwonurków. Nagrania video z eksploracji krypt wiosną 2016 roku można obejrzeć na jego kanale na YouTube.

Według relacji Kudlińskiego, jego badania dały sensacyjne wyniki. Ujawnione zostało świadome tuszowanie tajemnicy krypt. Okazuje się, że podziemia zostały przypadkiem odkryte w 1963 podczas prac budowlanych związanych ze stawianiem wieży radiowo-telewizyjnej i przygotowywaniem asfaltowej drogi, biegnącej dokładnie nad kopułami krypt. Dno krypty skrywa pozostawione wiadra i kielnie, co najmniej jedna ze ścian została w dolnej partii zabetonowana, a w jednym miejscu z podłoża wystaje zawór.

Być może podłoga również została wylana betonem, płetwonurkowie nie byli jednak w stanie tego określić z powodu ograniczenia przejrzystości spowodowanej zamuleniem dna. Stwierdzono też, że dolne partie filarów zostały pokryte nowym tynkiem, zaś w jednej ze ścian wykuto otwór, który pozorował kanał – nota bene prowadzący do… nikąd. Gdy potem spuszczano do zalanych już krypt inżyniera Pulikowskiego, musiał on zasugerować się tym fałszywym kanałem, skoro uznał obiekt jako zbiorniki na wodę.

Interesujący jest też aspekt pozwolenia od władz, jaki Kudliński dostał na przeprowadzenie badań. Sam badacz nie ukrywa, że jego celem jest znalezienie krypt królewskich, co do których odnosi się z widocznym szacunkiem, a nawet czcią. Wspomina on jednak na swoich nagraniach, że pozwolono mu na badanie tych „zbiorników” ze względu na badanie trwałości kopuł, po których codziennie jeżdżą autobusy. Można się domyślać, że w formalnej dokumentacji ekspedycji nie ma mowy o żadnych słowiańskich królach.

Kudliński kończy swe nagrania wspominając o znalezieniu tajemniczych przedmiotów, o których nie może na ten moment powiedzieć. Informuje też, że jest przekonany o istnieniu kolejnego piętra poniżej tego badanego oraz o przekazaniu próbek oryginalnych tynków z górnej części filarów oraz próbek stalaktytów znajomym naukowcom z instytutu w Krakowie, którego nazwy nie podaje.

W maju 2016 roku Adolf Kudliński zdemaskował kłamstwa skrywające słowiańską przeszłość Łysej Góry. W listopadzie tego samego roku internautów zelektryzowała wieść, że wraz z 40 osobami z okolic jego wsi został on skazany wyrokiem sądu na 3 lata więzienia i 18 tysięcy złotych kary pieniężnej. Zarzuty dotyczyły zakupu i posiadania nielegalnej broni palnej, którą używali do samowolnych ćwiczeń obrony terytorialnej. Jeśli to prawda, to ich okolica, zastraszana jak zresztą reszta Polski możliwością wojny z Rosją, może stracić 40 zorganizowanych partyzantów. A krypty na Łysej Górze czekają na wypompowanie wody i ponowne zbadanie…

„To jest miejsce pochówku naszych królów słowiańskich, władców potężnego imperium słowian, Lechitów. Tu są nasze korzenie, tu leżą nasi zmarli, tak jak na Wawelu. Ale to już jest inna epoka.” – mówi na youtubie Adolf Kudliński – „Jesteśmy w obiektach o których mało kto wie. Jesteśmy w kryptach grobowych królów słowiańskich i to jest właśnie nasz kult, i ten kult winniśmy kultywować, a zarazem czcić. I przekazywać naszym potomnym, że my nie jesteśmy jakimiś tam Słowianami, bo my mamy podłoże historyczne, bo my mamy to, co każdy naród chciałby mieć, ale go nie ma”.

Wszystkie tajemnice Łysej Góry czyli Bielawskie Powietrzne Siły Zbrojne.

Łysa Góra to na pozór najbardziej banalna górka w mieście. Każdy ją mija wjeżdżając do miasteczka, jesteśmy tak do niej przyzwyczajeni, że praktycznie jej nie dostrzegamy. Czasem z nudów wejdzie się na wierzchołek, posiedzi na ławeczce, pojeździ na rowerku czy polata na paralotni. Jest tam trochę dołków, trochę murków i kupa zaśmieconych krzaków. Ale gdy tylko podniesiemy wzrok, dostajemy w nagrodę wspaniały widok na całą okolicę z górami, lasami i polami, na których przysiadły nasze miasteczka.

Górka nie jest jakaś specjalnie wysoka, wystaje ponad poziom morza zaledwie na 364 m, a ponad okoliczne pola i obwodnicę na jedyne 60 m. Jej oficjalna geograficzna nazwa to Kłobucznik. Jest to proste spolszczenie nazwy Hut-Berg, gdzie niemiecki „Hut” (kapelusz) zamieniono na polski „Kłobuk” (rodzaj góralskiego filcowego kapelusza). Na mapach występuje również jako „Strażnik” pilnujący wjazdu do Bielawy. Niemniej jednak od wieków to był Hutberg, czyli Kapelusznik (?), bo górka przypomina leżący kapelusz. Nie wiem czy słusznie, mi tam zawsze kojarzyła się z krokodylem, albo dinozaurem. Obecnie wszyscy mówimy na nią po prostu Łysa Góra, albo Łysajka.

Tak naprawdę jest łysa od całkiem niedawna, bo na mapach niespełna 300 letnich jest oznaczana jako zalesiona. Spacerując po jej okolicy czasami ktoś natknie się na wystające z ziemi dziwne żelastwo, które po oczyszczeniu okaże się być kawałkiem pistoletu czy złamaną szablą. To pozostałości wielkiego obozu wojskowego, założonego w tym miejscu 16 sierpnia 1762 roku przez Feldmarszałka Dauna, w dniu zdobycia Bielawy. 40 austriackich batalionów wówczas tu obozowało, rychtując broń przed bitwą z armią Fryderyka Wielkiego.

W XIX wieku łąki na zboczach Łysej Góry wykorzystywano jako pastwiska. Tereny należały do koncernu Christian Dierig. Wypasano tam krowy, dla ich potrzeb wymurowano kilka ceglanych poideł, do których przywożono beczkami wodę. Jedno z nich zachowało się do dzisiaj i można je sobie wypatrzeć. Od 1957 roku do początku lat 90-tych górka służyła jako pastwiska Kółka Rolniczego z ul.Wodnej, z tego okresu pochodzą również betonowe słupki pod druty kolczaste. Ileż to razy miałem przez nie rozerwaną kurtkę gdy wagarując ze szkoły czołgałem się pod nimi. Celem zawsze była wieża tranigulacyjna, a potem ognisko w zaroślach i sprawdzanie sroczych gniazd. Penetrowało się również pozostałości tajemniczych budowli w rejonie szczytu i wygrzebywało z nich łuski i naboje.

Skąd to wszystko się tam wzięło?

Na początku XX wieku Bielawianie zafascynowali się lataniem. Ktoś wpadł na pomysł, że skoro Łysa Góra ma świetne warunki wiatrowe, bo poniżej pracują 2 wiatraki, to nadaje się jak żadna inna do startu szybowców. Dość szybko, bo już 7 kwietnia 1931 roku powstała w Bielawie szkoła lotnicza realizująca program szkolenia Flugdienst. Szkoła bazowała na szybowcach składanych również przez uczniów tej szkoły w warsztacie na obecnej ul.Westerplatte 33. Mieścił się tam wówczas oddział wrocławskiej firmy Junkers Flugzeug und Motorenwerke. Warsztatami firmowymi oraz szkołą zarządzał Wilhelm Strietzel. Zachowało się pismo wysłane z warsztatu w Bielawie do główniej siedziby firmy we Wrocławiu w sprawie zapłaty za nadgodziny dla dwóch magazynierów.

Podobno jeszcze w latach 50-tych i 60-tych w tych warsztatach walały się części do niemieckich samolotów.
W latach 30-tych startowano z Łysej Góry i lądowano na łące w rejonie ul.Wschodniej (było tam prowizoryczne lądowisko) lub na lotnisku Dierigów przy ulicy, a jakże, Lotniczej. Z czasem szkołę lotniczą przejęło państwo i w związku z tym wybudowano dla potrzeb szkoleniowych lotnisko z prawdziwego zdarzenia właśnie na ul.Wschodniej (po lewej stronie ulicy Boh.Getta jadąc w kierunku Pieszyc). Na Łysej Górze od strony zachodniej zainstalowano wyciągarkę szybowcową napędzaną silnikiem spalinowym. Możemy w terenie odszukać betonowe fundamenty pod metalowe słupy wciągarki. Co najciekawsze pod samym szczytem wybudowano hangar, w którym „garażowano” dwa, lub trzy szybowce.

Drugie lotnisko należało do koncernu Christian Dierig AG, miało nawierzchnię betonową i było zlokalizowane przy zakładach, w rejonie dzisiejszej ul.Lotniczej. Od 1936 roku z lotniska odbywały się regularne loty do Berlina. W czasie wojny loty przybrały na znaczeniu, gdyż w zakładach przemianowanych na zbrojeniowe produkowano części do samolotów (prądnice: Robert Bosch GmbH, tkaniny poszyciowe do samolotów: Dierig AG). Zarządzający zakładami Gottfried Dierig musiał składać regularne raporty przed nadzorującym tę dziedzinę przemysłu III Rzeszy Hermanem Göringiem. Niewykluczone, że i sam Göring wizytował tutejsze zakłady.

Uczniowie bielawskiej szkoły lotniczej w naturalny sposób zasilali nazistowskie siły powietrzne Luftwaffe. W wykazach poległych bielawian odnalazłem dwóch z nich: Herberta Blohma spod samej Łysej Góry (mieszkał na ul.Kościuszki 18), który został zestrzelony nad Morzem Egejskim w czerwcu 1943 roku w wieku 22 lat, oraz Alfreda Schneidera z ul.Wolności 70 (poległ w wieku 25 lat). Pozostali przeżyli wojnę i zamieszkali w Niemczech.

Na co warto dzisiaj zwrócić uwagę spacerując po Łysajce?

Trzeba patrzeć pod nogi. Stąpamy po wyjątkowym ekosystemie, po roślinności kserotermicznej właściwej dla klimatu zwrotnikowego, trzeba bardzo uważać aby nie rozdeptać dziewięćsiła bezłodygowego, bo to roślinka prawnie chroniona. Po drodze mijamy łomy gnejsów i amfibolitów, możemy gdzieś tam wypatrzeć podierigowe koryto do pojenia krów i betonowe słupki po kółku rolniczym.

W rejonie wierzchołka mamy ceglane fundamenty hangaru na szybowce i różne dołki po lokalnych poszukiwaczach skarbów. Któryś z nich wykazał się ostatnio niesamowitą cierpliwością, zaparciem (i kompletnym nieuctwem) podkopując się pod fundament hangaru. Pewnie liczył na piwnice, naiwny.

Ale faktycznie, jest tu coś więcej. Lata temu na dnie jednego z dołów pokazał się beton, a w nim osadzona pionowo kamionkowa rura, dokładnie taka sama jak używane dla wentylowania schronów z okresu II WŚ.

Czy w czasie wojny wykonano tam jakieś wojskowe instalacje? Czy są tam nieodkryte podziemia? Czy to po prostu fundament wyciągarki z nietypowym kotwieniem w postaci kamionkowej rury?

Łysa Góra – miejsce kultu diabła.

Na niedostępnych szczytach gór wiedźmy i czarnoksiężnicy spotykali się pod przewodnictwem diabła, by uprawiać tajemne obrzędy. Legendarny zlot czarownic od wieków karmił wyobraźnię budząc ekscytację i strach. Czy sabat to wyłącznie wytwór ludowej wyobraźni?

Sabat: między legendą a dawnym kultem

  • Miejscem spotkań wiedźm z diabłem były zawsze górskie szczyty. Od prawieków uznawane za miejsca kosmicznej łączności ze światem, zachowały ślady dawnych praktyk religijnych. Tu wznoszono pogańskie ołtarze i odprawiano rytuały
  • Na świętokrzyskiej Łysej Górze zachował się wał kultowy. Ksiądz Benedykt Chmielowski, w wydanej w połowie XVIII wieku encyklopedii wskazuje ten szczyt jako miejsce kultu diabła
  • Łączenie górskich szczytów ze zlotem wiedźm było z pewnością reminiscencją pogańskich obrzędów

Jest noc, sierp księżyca blado oświetla tajemny krąg. María Josefa de la Soledad Alfonso-Pimentel y Téllez-Girón, IX księżna Osuna patrzy na diabła. Wokół mistrza ceremonii zasiadły wiedźmy. Jedna z nich nabiła na kij ciała niemowląt. Diabeł domaga się kolejnej ofiary. Ma na głowie feston – wieniec nawiązujący do starożytnych, orgiastycznych rytuałów. To „Sabat Czarownic” pędzla Francisa Goi, namalowany dla hiszpańskiej księżnej. Jest rok 1785, krwawe polowanie na czarownice właśnie dobiega końca, Maria Josefa wiesza obraz mistrza w swojej sypialni. Dokładnie trzysta lat wcześniej „Maleus Maleficarum”, znane jako „Młot na Czarownice” rozpaliło stosy w całej Europie. Traktat niemieckich zakonników – Heinricha Kramera i Jacoba Sprengera – stał się kompendium dla łowców czarownic.

Posądzone o paktowanie z diabłem, gromadzenie się na sabatach, spółkowanie z demonami i sprowadzanie plag kobiety na torturach wyznawały swoje winy, barwnie opisując przebieg spotkań z szatanem. Postać czarownicy ma starożytny rodowód. Archeolog i historyk wierzeń dr Jerzy Bąbel w tekście „Czarownice Pogańskich Światów” wskazuje, że już w Starym Testamencie pojawia się postać wieszczki E-Dor wywołującej duchy. „Również rzymski wódz Sekstus Pompejus w roku 48 p.n..e. przed bitwą pod Farsalosaką, jaką jego wojska miały stoczyć z armią Juliusza Cezara, korzystał z wróżby czarownicy Erichto, która w niesamowitej atmosferze horroru, dokonywała czarów nekromancji, wskrzeszając trupy” – pisze dr Bąbel. Wiedźmy doradzały królom i wojownikom, zwracano się do nich z prośbą o radę. Tak jak dziś technika i nauka, tak niegdyś magia pełniła funkcję wyjaśniającą i zabezpieczającą.

Z ksiąg sądowych.

Wydany w 906 roku przez papieża dokument Canon Episcopi nakazywał wypędzać posądzanych o czary. Do krwawych łowów upoważniła inkwizycję dopiero bulla papieska z 1484 roku, jej autor Innocent VIII potępił plagę herezji i delegował Kramera i Sprengera na inkwizytorów odpowiedzialnych za wykorzenienie czarownic, pozwalając czynić „to, co konieczne, aby się ich pozbyć”. Uwiedzione przez diabła kapłanki mrocznego kultu zasługiwały na najwyższą karę.

Elżbieta Stepkowicowa, która spłonęła nad Dunajcem oskarżona o to, że „trzymała u siebie trupią głowę: złorzeczyła i rzucała uroki na mieszkańców miasta uwolniona od tortur zeznała, że wraz z innymi czarownicami była na górze Chełm na zabawie, gdzie posilała się pieczonymi kurami i piwem, a trzej grajkowie przygrywali na skrzypcach”. Cześć diabłu oddawać miała także wiedźma Anna Ratajka. Podczas procesu wyznała, że latała na sabat wraz z innymi kobietami, a w ofierze diabłu złożyły nowo narodzone dziecko.

Czy udręczone kobiety zeznawały tego, co podpowiadała wyobraźnia oskarżycieli, byleby zakończyć owe męki? Wystawne uczty, orgie i obrzędy na szczytach gór – to stałe elementy sabatowych dekoracji powtarzające się w opasłych tomach sądów kryminalnych.

Miejscem spotkań wiedźm z diabłem były zawsze górskie szczyty. Od prawieków uznawane za miejsca kosmicznej łączności ze światem, zachowały ślady dawnych praktyk religijnych. Tu wznoszono pogańskie ołtarze i odprawiano rytuały. Na świętokrzyskiej Łysej Górze zachował się wał kultowy. Ksiądz Benedykt Chmielowski, w wydanej w połowie XVIII wieku encyklopedii wskazuje ten szczyt jako miejsce kultu diabła: „Był tam niegdyś Polaków Asylum Forteca i Antemurał, jako z kamieni wielkich i murów trzech olim górę tę otaczających łatwo wnosić.

Tam bogata mieszkając Pani, a tryumfując z Nieprzyjaciół, udała się za Dianę boginię, od pospólstwa odbierając cultum”. Tajemniczą panią Łysej Góry, której oddawano cześć niczym rzymskiej Dianie, patronce płodności, utrwaliły również miejscowe kroniki. Łączenie górskich szczytów ze zlotem wiedźm było z pewnością reminiscencją pogańskich obrzędów.

Noc Kupały

Ważnym elementem dawnych wierzeń był kult płodności. To z nim wiązał się szereg obrzędów i orgiastycznych rytuałów, które przetrwały wieki. Ich relikty w postaci ognisk sobótkowych zachowały się do dziś. Jan Długosz tak opisywał owe igrzyska na cześć dawnych bogów: „odprawiano zaś je przez bezwstydne i lubieżne przyśpiewki i ruchy, przez klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się oraz inne miłosne pienia, klaskania i uczynki przy równoczesnym przywoływaniu wspomnianych bogów i bogiń z zachowaniem rytuału.

Obrządek tych igrzysk, raczej jego niektóre szczątki istnieją u Polaków aż do naszych czasów, mimo że wyznają oni chrześcijaństwo od 500 lat, powtarzane są co roku na Zielone Świątki i przypominają dawne zabobony pogańskie corocznym igrzyskiem, zwanym po polsku Stado, kiedy to stada narodu zbierają się na nie i podzieliwszy się na gromady, czyli stadka, w podnieceniu i rozjątrzeniu umysłu odprawiają igrzyska, skłonni do rozpusty, gnuśności i pijatyki”.

Obchody trwały tydzień, a kulminacja następowała w Sobótkę. Wtedy tańczono na cześć demonów, a rytuał kończyły orgie. Tej nocy wszystko było dozwolone. Z 1505 roku pochodzi kolejny opis Sobótki, tak oto świętowano w pewnym polskim miasteczku: „miasto popada w zamęt, zaczynają szaleć na bębnach i piszczałkach. We wszelkich nieprzystojnych igrzyskach szatańskich. Kobiety i dziewczęta tańczą, potrząsają głowami. Z ust wydobywa się krzyk, diabelskie pieśni, rozpustnie przygadają się mężczyznom.

Sobótki to dla zamężnych pohańbienie, a dla dziewcząt utrata dziewictwa”. Obraz sabatów wywodzi się z rytuałów przedchrześcijańskiego kultu płodności, najpełniej objawiającego się właśnie w Zielone Świątki i Noc Kupały. “U nas w wigilię św. Jana niewiasty ognie paliły, tańcowano i śpiewano diabłu cześć i modły czyniąc” – pisał kanonik sandomierski Marcin z Urzędowa. Nazwę „Kupała” wywodzi się z indoeuropejskiego słowa “kup” lub “kump”, które oznaczało zbiorowość, gromadę.

Kościół walcząc z pogańską wizją świata musiał zohydzić dawne praktyki rytualne, a ich kontynuatorów uznać za czcicieli diabła. Przesilenie letnie, dziś zgodnie z kalendarzem Kościoła nazywane nocą św. Jana, było wielkim świętem o orgiastycznym charakterze. By położyć kres pogańskim praktykom, kościół katolicki dzień Kupały uświęcił. Choć nazwa się przyjęła, nie udało się wytępić magicznych rytuałów, które mu towarzyszyły. Iście pogańskie świętowanie tej nocy odnotowano jeszcze w 1937 oku na Opolszczyznie.

Niemal do pierwszej połowy XX wieku używanie magii było powszechne. W każdym miasteczku i wsi mieszkały osoby parające się wiedzą tajemną. A zrytualizowane obrzędy: zaklinania, odpędzania złego czy też pozyskiwania przychylności demonów miały się dobrze nie tylko w czasie letniego przesilenia. Obraz sabatu to wzbogacony o elementy fantastyczne opis rytualnych praktyk. Słynny historyk religii Mircea Eliade podkreślał, że kościół palił na stosie czarownice, obawiając się nie tyle diabła i czarów, co odrodzenia kultu płodności.

Najnowsze wpisy

Kategorie

NAJWIĘKSZE TAJEMNICE ŁYSEJ GÓRY – PODZIEMNE MIASTO, TAJNA BAZA WOJSKOWA CZY MIEJSCE KULTU DIABŁA ?

6 czerwca 2020 / Możliwość komentowania NAJWIĘKSZE TAJEMNICE ŁYSEJ GÓRY – PODZIEMNE MIASTO, TAJNA BAZA WOJSKOWA CZY MIEJSCE KULTU DIABŁA

Może Ci się spodobać

WPŁYW SZYSZYNKI NA PROCESY DUCHOWE I REINKARNACJĘ. 30 stycznia 2020

  • Najnowsze wpisy
  • Kategorie
  • NAJWIĘKSZE TAJEMNICE ŁYSEJ GÓRY – PODZIEMNE MIASTO, TAJNA BAZA WOJSKOWA CZY MIEJSCE KULTU DIABŁA ?
  • Może Ci się spodobać