Za kurtyną

NAZISTOWSCY ZBRODNIARZE WOJENNI NA USŁUGACH USA.

Amerykańskie agencje rządowe zatrudniały po wojnie ponad tysiąc byłych nazistów. Wygrana wojna oznacza zwykle pokaźne łupy dla zwycięzców. Nie inaczej było, gdy w 1945 roku alianci pokonali państwa Osi. Niemal natychmiast przystąpili do podziału terytoriów i zasobów przegranych krajów.

C.I.A I ICH INTERESY Z NAZISTAMI.

Dla Amerykanów największą wojenną zdobyczą okazali się jednak pracujący dla Hitlera naukowcy. Budowali rakiety, pracowali nad bronią chemiczną i biologiczną, prowadzili badania w dziedzinie medycyny lotniczej i kosmicznej. Zatrudnienie wrogów, zdeklarowanych zwolenników Hitlera, było krokiem całkowicie sprzecznym z zasadami i ideałami demokracji, ale stanowiło też wybór mniejszego zła.

Gdyby Ameryka nie wykorzystała wiedzy tych naukowców, prawdopodobnie zrobili by to Rosjanie. Zamiast celi, na głównego konstruktora hitlerowskiej „Wunderwaffe” Wernhera von Brauna i jego zespół czekali reporterzy. Niemcy z uśmiechem pozowali do zdjęć.

Sturmbannfuehrer, major SS von Braun, późniejszy ojciec amerykańskiego programu kosmicznego Apollo, w momencie pójścia do „niewoli” zachowywał się bardziej jak gwiazdor, niż jak więzień. Tymczasem broń skonstruowana przez von Brauna zabiła w atakach na Londyn i Antwerpię co najmniej 8 tys. osób. Paradoksalnie jej produkcja pochłonęła jeszcze więcej ofiar.

Oficjalne dane SS mówią o 12 tys. osób, głównie więźniów obozu koncentracyjnego Mittelbau-Dora. W rzeczywistości w podziemnych sztolniach kompleksu „Mittelwerk” koło Nordhausen w Turyngii zginęło ich około 20 tys. Amerykańscy żołnierze, którzy jako pierwsi weszli do tego kompleksu, zobaczyli stosy ciał i umierających z głodu i wycieńczenia ludzi.

To niemożliwe, by Wernher von Braun i jego ekipa nie wiedzieli, jak traktowani byli i w jak nieludzkich warunkach pracowali niewolnicy III Rzeszy. Jednak możliwość wykorzystania ich wiedzy do rozwoju techniki wojskowej była dla zwycięskiej armii USA ważniejsza od wymierzenia im sprawiedliwości.

Stąd pomysł odnalezienia, zatrudnienia i wywiezienia do USA najwybitniejszych niemieckich specjalistów, który przeszedł do historii pod nazwą operacji „Overcast” i jej kontynuacji – operacji „Paperclip” (z ang. „spinacz”).

Według gazety w szczytowym okresie Zimnej Wojny w latach 50-tych ówcześni szefowie FBI Edgar J. Hoover oraz CIA Allen Dulles zaczęli rekrutować byłych nazistów „różnej rangi” by wykorzystać ich przeciwko Sowietom. Uważali, że ich wartość wywiadowcza przewyższa moralne wykroczenia, których dopuścili się służąc Trzeciej Rzeszy.

Dulles uważał, że byli naziści są użyteczni. Hoover poszedł jeszcze o krok dalej i oskarżał każdego, kto odważył się wskazać na zbrodnie, których świeżo upieczeni szpiedzy USA się dopuścili w przeszłości, o „uprawianie sowieckiej propagandy” – pisze „NYT”. W 1968 r. Hoover kazał nawet założyć podsłuch lewicowemu dziennikarzowi Charlesowi Allenowi, który pisał krytyczne artykuły o byłych nazistach żyjących w USA.

Hoover uważał, że Allen stanowi „poważne” zagrożenie dla bezpieczeństwa USA. FBI zatrudniała byłych oficerów SS, mimo iż wiedziała, że „dopuścili się prawdopodobnie poważnych zbrodni wojennych”. W 1994 roku Eli Rosenbaum, prawnik pracujący dla CIA, naciskał na prokuratorów, by zrezygnowali ze śledztwa dotyczącego szpiega agencji, byłego komendanta litewskiej policji bezpieczeństwa (Saugumo) Aleksandrasa Lileikisa, który uczestniczył na Litwie w czasie II wojny światowej w masakrze ponad 60 tysięcy Żydów – utrzymuje gazeta. CIA zatrudniła go w 1952 r. we wschodnich Niemczech, płacąc mu za jego usługi 1700 dolarów rocznie, plus 2 kartony papierosów miesięcznie.

Cztery lata później wyemigrował do USA. CIA nie udało się zapobiec śledztwu. Lileikis został deportowany w 1997 r. na Litwę, gdzie został postawiony przed sądem za zbrodnie wojenne. Proces ciągnie się do dziś. Amerykanie wiedzieli także o przeszłości Klausa Barbiego, byłego szefa Gestapo, znanego jako „Rzeźnik z Lyonu”, odpowiedzialnego za śmierć tysięcy Żydów. Zaraz po II wojnie armia USA najpierw zatrudniła go jako szpiega, a potem ułatwiła mu ucieczkę do Ameryki Łacińskiej.

Pierwsze informacje o wykorzystywaniu byłych nazistów przez rząd w Waszyngtonie pojawiły się w latach 70-tych ubiegłego wieku. Jednak dopiero niedawno rzeczywisty wymiar tej współpracy wyszedł na jaw. Wcześniej bowiem amerykańskie władze czyniły co w ich mocy, by to ukryć. W 1980 r. kierownictwo FBI odmówiło udzielenia odpowiedzi amerykańskiemu resortowi sprawiedliwości, który chciał wiedzieć, co agencja wie o 16 byłych nazistach żyjących na terenie USA. A to dlatego, że wszyscy oni pracowali w przeszłości jako informatorzy FBI.

Zajmowali się wykrywaniem „potencjalnych komunistów”. Pięciu z nich wciąż dostarczało agencji „cennych informacji” – kontynuuje „NYT”. Jednym z nazistów, którzy pracowali dla CIA był były Haputsturmführer SS Otto Albrecht Alfred von Bolschwing, niegdyś mentor i asystent Adolfa Eichmanna, architekta „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej.

Według gazety CIA zatrudniło go w 1954 r. w Europie, a następnie przeniosło go do Nowego Jorku, by wynagrodzić mu „lojalną służbę”. Jego syn, Gus von Bolschwing, który dopiero lata później dowiedział się o działalności ojca w Trzeciej Rzeszy uznał, że relacja między nim a CIA była „relacją opartą na wzajemnych korzyściach w epoce zimnej wojny”. “Oni się nim posługiwali, a on się posługiwał nimi.

Nie powinni go jednak byli wpuszczać do USA. Było to sprzeczne z amerykańskimi wartościami” – powiedział Gus von Bolschwing, który niedawno skończył 75 lat, w jednym z wywiadów. Jak się okazuje jego ojciec sam zwrócił się do Waszyngtonu z prośbą o przeniesienie do Stanów Zjednoczonych. Był rok 1960 i Izraelczycy właśnie złapali Eichmanna w Argentynie. Von Bolschwing bał się, że będzie następnym. Agenci CIA zapewniali go, że nie ujawnią jego więzi z Eichmannem. Von Bolschwing żył przez następne 20 lat spokojnie w Kalifornii, zanim prokuratorzy przypadkowo odkryli kim jest. W 1981 r. zrzekł się amerykańskiego obywatelstwa. Zmarł kilka miesięcy później.

Jak twierdzi Richard Breitman, ekspert ds. Holokaustu z American University, wywiad wojskowy, CIA, FBI oraz inne amerykańskie agencje rządowe zatrudniały w okresie Zimnej Wojny w sumie ponad tysiąc nazistów.

Tak wynika z dokumentów, które są dostępne. Inne pozostają jednak do dziś utajnione. Rzeczywista liczba byłych nazistów na usługach USA jest prawdopodobnie o wiele wyższa. Nie jesteśmy w stanie tego jednak stwierdzić, bo wiele dokumentów wciąż jest niedostępnych – potwierdza amerykański historyk z Uniwersytetu Florydy Norman Goda w rozmowie z „NYT”. Byli naziści byli wykorzystywani do rozmaitych zadań.

W Maryland amerykańscy wojskowi szkolili byłych esesmanów w wojnie partyzanckiej na ewentualność inwazji Związku Sowieckiego. W Connecticut były strażnik obozów koncentracyjnych badał na zlecenie CIA sowieckie znaczki pocztowe na „ukryte przesłanie”. W Wirginii, w siedzibie FBI, jeden z byłych doradców Hitlera prowadził szkolenia na temat natury sowieckiego reżimu.

W Niemczech byli oficerowie SS infiltrowali strefy kontrolowane przez Sowietów, instalując podsłuchy i monitorując ruch kolejowy. Inni spisali się nieco gorzej – podkreśla „NYT” – niektórzy okazali się nawet być podwójnymi agentami. I wyrządzili więcej szkód, niż przynieśli Amerykanom korzyści. To byli patologiczni kłamcy. Oszukiwali, kradli pieniądze. Ich moralność była dokładnie taka jakiej można by było się po takich ludziach spodziewać. Amerykanom to jednak nie przeszkadzało. Najważniejsze było by mieć przewagę nad Sowietami. Bez względu na koszt – tłumaczy Richard Breitman.

A od 1979 roku wypłacono tym zbrodniarzom wojennym emerytury warte miliony dolarów.

Źródło:

https://www.cia.gov/library/readingroom/docs/CIA-RDP87M01152R000300410001-8.pdf

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *